wtorek, 7 marca 2017

Bridget Asher - Pożyczona miłość

Ile razy wspomniałam w ciągu minionych miesięcy o swoim kryzysie czytelniczym i próbach powrotu do pozycji różnego rodzaju - od tych lekkich, nie zmuszających do myślenia, przez te naprawdę trudne, które wywoływały łzy, do tych, po które zawsze chciałam sięgnąć... a jakoś nie było mi po drodze? Efekty tych poszukiwań są różne, co z resztą mogliście zobaczyć. Częściej ostatnio oglądam filmy niż sięgam po książki, ale z szukania czegoś dla siebie nie rezygnuję absolutnie i staram się sięgać po wszystko, co może być albo ciekawe, albo odrywające od codzienności... i tak trafiłam na widoczną obok Pożyczoną miłość autorstwa Bridget Asher.

Historia jakich wiele w kategorii romansów: ona - raczej przeciętna z wyglądu, trochę zamknięta w sobie, trochę wycofana, choć na pozór otaczająca się ludźmi; ma w swoim otoczeniu dwie kobiety, które nazywa przyjaciółkami, a które nijako nie wpisują się w moją definicję "przyjaźni" przez powierzchowność tej relacji. Ona - żona lekarza, zakochana, szczęśliwa... I on - atrakcyjny, przyciągający spojrzenia, pewny siebie... A oni - co tu dużo mówić, zakochani w sobie wiele lat temu, a może nie tylko wtedy. I pewnego wieczoru, na imprezie u jej przyjaciół postanowili przed jego umierającą matką udawać małżeństwo...


I choć zdrowy rozsądek na trzeźwo kazał wycofać się z tego pomysłu - już przy nim zostali. A druga rzecz, że tak naprawdę Gwen namawiał do tego nie kto inny, tylko jej własny (prawdziwy) mąż. Co prawda nie mając świadomości tego, co kiedyś łączyło jego żonę z jej udawanym mężem, ale pokuszę się o stwierdzenie, że tylko ślepy nie dostrzegłby, że coś jest na rzeczy.

Ilekroć tylko sięgam po tego typu książki to nigdy nie jestem pewna czy lubię tę formę przekazu, gdzie głównym (czasem i jedynym) wątkiem jest miłość bohaterów. Zaciekawiło mnie w niej hasło "pożyczony", bo pamiętam z ubiegłego roku book tour z Chłopakiem na zastępstwo, gdzie fabuła była przecież podobna. Ale o ile to wątki New Adult posądza się o schematyczność, powtarzalność i brak oryginalności... tak w przypadku powyższej Pożyczonej miłości nie jestem pewna co poza tym schematem zostało w niej zawarte. Choć patrząc na datę wydania ta książka była pierwsza, jako że czytałam ją jako drugą mam pełną świadomość, że to wszystko już było, ale... jakby to powiedzieć - trochę lepsze? Myślę, że głównie dlatego, że tam była mowa o nastolatkach, a tutaj są dorośli ludzie, którzy zachowali się jak dzieci i postanowili w tej pozycji utrzymać. Coś mi tu nie zagrało.

Abstrahując jednak od powtarzalności i skojarzeń Bridget Asher posługuje się w tej książce lekkim, przystępnym sposobem wyrażania myśli i konstruuje zdania w taki sposób, że nawet mimo pełnego przekonania jak to się skończy czytałam książkę dalej. Nie do końca pochłonięta tylko nią przeczytałam ją w jeden wieczór i choć zwykle tego nie robię, bo mnie to rozprasza i wręcz denerwuje - prowadząc równocześnie rozmowę na temat tej i jeszcze innej pozycji. No... właśnie, przy porywających książkach bym tego nie zrobiła, bo przecież czytać to czytać, a nie robić milion rzeczy na raz. 

Myślę, co mogłabym Wam jeszcze powiedzieć, ale prawda jest taka, że więcej do powiedzenia nie mam. Podsumowując - choć jest to ponoć literatura kobieta, przypisałabym ją raczej do tej młodzieżowej. Absolutnie jednak nie umniejszając książkom młodzieżowym! Chodzi mi po prostu o to, że to takie "trochę starsze" New Adult. Dobre na odstresowanie się, na złapanie oddechu po czymś bardziej ambitnym i tyle. Nie jestem pewna czy za pół roku będę o niej pamiętać. 

Moja ocena: 3/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz