sobota, 3 grudnia 2016

Magdalena Niedzwedz - Świat według Amelki

 

Już ostatnim razem, przy okazji postu z recenzją Polskich Rymowanek wspomniałam o tym jak ważny jest odpowiedni dobór książek, które wstawiamy do biblioteczki naszych maluchów. Głównie dlatego, że niektóre z nich wcale nie nadają się dla dzieci.

Kolejny raz w tym roku sięgnęłam po książkę z gatunku literatury dziecięcej. I kolejny raz - co mnie samą zaskakuje - po książkę rodzimego autora.

Kiedy ludzie myślą o porodzie, zastanawiają się tylko nad tym, czy kobietę bardzo bolało i czy długo się męczyła – a czy ktokolwiek bierze pod uwagę uczucia dzieci? Nie wydaje mi się. A muszę Wam powiedzieć, że jest to dla nas (z pewnością mówię w imieniu wszystkich bobasów) wielka sprawa.

Urzekł mnie już pierwszy fragment z opisu. Coś w tym jest, musicie przyznać, że zazwyczaj mówi się o mamie. Słyszałam kiedyś pewną teorię, że dziecko zapytane w początkowym etapie życia (bodajże do 22 miesiąca?) jest w stanie opowiedzieć co czuło jeszcze w brzuchu. Ile w tym prawdy to nie wiem, ale ciężko od tak małego dziecka wyciągnąć cokolwiek. Wiele maluchów jeszcze w tym "wieku" nie mówi. W każdym razie, chciałam poznać ten Świat według Amelki i zobaczyć, czy ona coś zapamiętała.

Niemniej jednak, wyobrażałam sobie tę książkę inaczej. Patrząc na okładkę myślałam, że zbudowana jest na zasadzie większości książek dla maluchów - więcej mówią obrazki niż słowa. Tymczasem nic bardziej mylnego, obrazków w środku nie znajdziemy. Poważnie! Ani jednego!

Amelkę poznajemy w momencie pierwszych skurczy porodowych, przechodzimy z nią całą akcję związaną z opuszczeniem dotychczasowego lokum. Później są pierwsze badania, pierwszy posiłek poza brzuszkiem, poznawanie rodziców i zapamiętywanie głosów, ciepła ich ciała... i "rozmowa" z nowo narodzoną dziewczynką z łóżeczka obok. Swoją drogą, zawsze mnie zastanawiało czy dzieci naprawdę są w stanie porozumiewać się w ten sposób ;-) Może jestem naiwna.

Amelka rośnie. Jak to dzieci, w zastraszającym tempie. Pierwsze strony to opowieść o porodzie, w połowie książki Amelka chodzi, uczy się mówić, poznaje swojego brata, a na końcu ma za sobą rok w przedszkolu. A to zaledwie 100 stron! I zapowiedź kolejnych opowieści, po które chętnie sięgnę, choć miałam wrażenie, że zdecydowanie można by rozciągnąć niektóre wątki zawarte w tej pierwszej części. (bo zakładam, że są/będą kolejne?)

Spędziłam z tą lekturą miłe popołudnie - powiedziałabym, gdyby była dłuższa. W rzeczywistości spędziłam z Amelką około godziny, kręcąc z niedowierzaniem głową i uśmiechając się na zmianę.

Do rzeczy, co w rzeczywistości o niej myślę? Przede wszystkim, co dość szybko mi się nasunęło, to nie jest książka dla dzieci. A na pewno nie dla tych w wieku głównej bohaterki, czyli 0-4 latka. Nie sądzę, żeby dzieci w tym wieku posługiwały się językiem jaki się tu wkrada. Osobiście nie znam tak małych dzieci mówiących o "skomplikowanym skonstruowaniu świata", "sensie egzystencji" (malucha), "solidarności jajników" czy tym, że na facetów nigdy nie można liczyć (powiedziała mając rok) czy tym, że "lajf is brutal i trzeba do tego przywyknąć". Dosłownie. W tych 100 stronach zawarta jest duża doza humoru, co jest całkiem przyjemne w odbiorze, ale dla dorosłego czytelnika. Dziecko, zwłaszcza małe (a z myślą o takim przecież zabrałam się za tę książkę), po prostu jej nie zrozumie. I szczerze mówiąc (biorąc pod uwagę te dwa ostatnie, o których wspomniałam) - to nawet lepiej.

Amelka jest sympatyczną dziewczynką, która pozwala zrozumieć rodzicom co czuje dziecko w pewnych momentach - jak na przykład nieobecność rodziców, tłum ludzi dokoła czy pojawienie się rodzeństwa. Zawiodła mnie postawa rodziców, którzy zostali w tej książce przedstawieni jako kochani (co mówiły o nich dzieci), ale jednocześnie tacy, którzy z własnym dzieckiem nie rozmawiają. Rozumiem, że Amelka miała zaledwie rok, kiedy mama zaszła w ciążę, ale nie powiedzieć jej NIC o tym, że zostanie starszą siostrą... w jakiś sposób mnie samą ubodło. Przypadkiem usłyszała słowo "ciąża" w rozmowie mamy z koleżankami, a co znaczy przypadkowo zasłyszane "rodzeństwo" pytała wyżej wspomnianą koleżankę z sali poporodowej w piaskownicy. (dalej porozumiewając się bez słów)

- Amelciu, to twój braciszek, Tymuś.
O nie. Tylko nie to, przecież nie było mnie zaledwie dwa dni. No to już po ptakach. Co prawda zostało jeszcze przypadkowe wyrzucenie przez okno, ale nie byłoby to chyba zbyt humanitarne.  Postanowiłam więc  podejść do łóżeczka i przyjrzeć się z bliska mojemu wrogowi. Kiedy go zobaczyłam, coś jakby się zmieniło. Nagle przestałam się martwić, że będzie w nocy płakał - przecież to nie ja będę do niego wstawać. *

Znacie dwulatki wyrażające się w ten sposób?

Podsumowując, żeby nie przedłużać - dobra dla rodziców, dla lepszego uświadomienia sobie, że dzieci słyszą, czują i rozumieją często więcej niż nam (dorosłym) się wydaje. Niemniej jednak, nie czytałabym tego dziecku. Głównie też dlatego, że to książka "na raz" - krótka, dość ciekawa, z humorem, szybko się czyta. Ale gdybym odłożyła ją w połowie (wyciągnięta spod koca choćby na potrzeby zrobienia herbaty) to powrót po dłuższym czasie byłby bez sensu, bo choć podzielona jest na rozdziały to tworzą one spójną całość. Jak bardzo mocne streszczenie wspomnień z dzieciństwa na popołudniową rozmowę z kimś bliskim.

Jeśli będą kolejne części to chętnie je poznam.

Moja ocena: 3/6

* fragment książki

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Novae Res.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz