wtorek, 27 września 2016

Mój pierwszy raz.

Mój pierwszy raz nadszedł dość późno i myślę, że jest wiele czynników mogących sprawić, by nie doszedł do skutku jeszcze długo. Powodów, które mogłabym wymienić jest mnóstwo, ale to nie czas i miejsce, by o nich rozmawiać. Mogłabym powiedzieć, że nie było okazji, choć prawda jest taka, że była niejedna. Może się bałam. Trochę samej siebie, trochę tej "drugiej strony". W każdym razie jestem po i z czystym sumienie mogę powiedzieć, że było fajnie. Było warto



A trzeba Wam wiedzieć, że tych pierwszych razów w tym roku miałam kilka. Zaczęło się to mniej więcej w momencie, kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg budynku, w którym pracuję i pierwszy raz powiedziałam, że lubię tę pracę. Pierwszy raz wzięłam udział w koncercie filharmonii  i pierwszy raz publicznie płakałam przy muzyce, która pierwszy raz wśród ludzi przewiercała mnie na wskroś sprawiając, że nie mogłam się ruszyć. (czytaj) Później pierwszy raz wzięłam udział w obchodach folklorystycznego święta, o którym tu nie wspomniałam (a byłam na dwóch), ale choć szczerze polecić tego nie mogę, w porównaniu do tego pierwszego, to było to ciekawe doświadczenie. Pierwszy raz pojechałam (sama!) nad morze, swoim samochodem, i pierwszy raz spędziłam piękny dzień na plaży. Obserwując z resztą, pierwszy raz, pierwsze świadome uśmiechy Nowonarodzonej, która zapewniła nam powrót znad morza na sygnale. Pierwszy raz wystrzeliła mi chłodnica, ale o tym akurat myśleć nie chcę :D

A niedawno pierwszy raz wybrałam się na warsztaty florystyczne, chociaż byłam pewna, że gdzie jak gdzie, ale tam to się nie nadaję. Coś na zasadzie słonia w składzie porcelany. (opowiem Wam o tym za kilka dni, po kolejnych zajęciach) A zajęcia są moim pierwszym razem współpracy z pewnym Stowarzyszeniem.

Tych mniej pozytywnych pierwszych razów też było kilka. Nie do wszystkich chcę wracać, nie o wszystkich mówić. Rzecz w tym, że... 


To nie tylko moje pierwsze razy. Każdy z nas słyszy o robieniu czegoś po raz pierwszy. W telewizji czy radio. W sieci, w gazetach, w książkach. Wykłady motywacyjne są pełne pierwszych razów. Głównie pierwszych kroków poza swoją strefę komfortu. Poza tę pewnego rodzaju granicę bezpieczeństwa, gdzie wszystko jest nam znane. Poza tę granicę, gdzie nasi bliżsi i dalsi znajomi, przyjaciele czy rodzina czegoś się po nas spodziewają. 

A czy to nie jest trochę tak, że ugrzęznąć w ramach przewidywalności to jedna z najgorszych rzeczy, z jaką możemy się spotkać? Ja lubię planować. Lubię stabilizację, poczucie bezpieczeństwa i w większości mając wybór - wolę kalendarz od spontaniczności. Choć nie mówię, że na nią w życiu nie ma miejsca, bo to bzdura absolutna. Ale zdarza się, że ktoś dzwoni z pytaniem "co robisz? chodź gdzieśtam/zaraz będę" i choć wydawało mi się kiedyś, że chcę otwartego domu i takich ludzi wokół, to trochę to burzy mój rytm dnia i sama wolę się umówić niż składać propozycję wyjścia na ostatnią chwilę. Choć muszę przyznać, że kilka lat temu spontanicznie, z dnia na dzień, postanowiłam pierwszy raz spędzić Sylwester i Nowy Rok nad morzem, na wielkim koncercie, na sopockim molo. I wspominam to najlepiej ze wszystkim końców i początków (roku). I powtarzaliśmy to kilka razy z rzędu. Ale to są te wyjątki potwierdzające regułę. A reguła jest taka, że lubię zapełniać kalendarz. 

Z drugiej strony - pierwszy raz byłam ostatnio na żużlu, który zawsze chciałam zobaczyć, a temat motoryzacji obecnej w moim życiu bardzo często dziwi ludzi w moim otoczeniu. I to wyłamywanie się z ram rzeczy do przewidzenia jest uczuciem, które szczerze wszystkim polecam. Tak zwyczajnie, żeby się nie udusić. Z samym sobą. W tych granicach. 

Czasem (ba, zawsze!) warto jest pójść gdzieś z ciekawości, choćby to do nas nie pasowało. Nie gwarantuję, że każdorazowo zacznie pasować, bo to zwyczajnie niemożliwe. Ale może... A nawet jeśli nie, to jesteśmy o krok dalej. W życiu, w poznawaniu siebie, w przekraczaniu granic komfortu. I nie chodzi tu o to, żeby będąc nieśmiałym stanąć na scenie i mówić do tysięcy ludzi, bo to grozi zawałem. Na to przyjdzie czas później. Życie jest sztuką małych kroczków. I każdy z nich przybliża nas do rzeczy, które kuszą gdzieś w oddali, a po które boimy się sięgnąć. Przeważnie z niewiedzy. Nigdy nie pozwól, by strach przed działaniem wykluczył Cię z gry. Z pewnością znacie to hasło, ale jak często się do niego stosujecie? Ile rzeczy Wy zrobiliście w tym roku po raz pierwszy? I dlaczego tak mało? Co chcielibyście zrobić? I co Was powstrzymuje?


źródło zdjęć: sieć

1 komentarz:

  1. Bardzo dobrze ujęte;) ja w tym roku też miałam kilka swoich pierwszych razy i żadnego nie żałuję, bo każdy mnie czegoś nauczył. ;)

    Zapraszam do mnie ( http://ksiazkamojprzyjaciel.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń