środa, 20 kwietnia 2016

Casey Watson - Krzyk o ratunek



Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2013 rok
Liczba stron: 336
Przekład: Julia Wolin
 
Casey Watson jak Cathy Glass opiekuje się najbardziej skrzywdzonymi przez najbliższych dziećmi. Prowadzi dom zastępczy dla dzieci z największymi problemami psychologicznymi i wychowawczymi. Takich, z którymi nikt już nie mógł sobie poradzić. A potem – jak Cathy Glass – opisuje ich historie: jeszcze bardziej tajemnicze, jeszcze bardziej drastyczne i przejmujące.Dziewczynka, która trafia do Watsonów, ma u nich przebywać tymczasowo: jej stała opiekunka przechodzi załamanie nerwowe, Sophia jest u niej od półtora roku, odkąd jej matka uległa tajemniczemu wypadkowi…
Ale od pierwszej chwili Casey czuje niepokój, który stopniowo zamienia się w coraz większy lęk. Sophia wygląda bardziej jak osiemnastolatka niż dwunastolatka. Prowokuje mężczyzn niedwuznacznym erotycznym zachowaniem. Kobietami gardzi. I każdy musi robić to, czego ona chce. Bo jeśli nie, wie, jak sprawić, żeby tego pożałował…
Casey, jej mąż i dorosłe dzieci są najpierw zakłopotani i skrępowani. Potem pojawiają się podejrzenia, że nie powiedziano im wszystkiego. A wreszcie strach – bo nie wiedzą, kim naprawdę jest Sophia: zagubioną dwunastolatką czy Lolitą, dziewczynką z problemami psychicznymi czy wyrachowaną manipulantką, dzieckiem po koszmarnych przejściach czy potworem. Jedno jest pewne: dopóki Sophia mieszka z nimi, nie są bezpieczni…

Tylko Casey, mimo śmiertelnego zagrożenia, nie rezygnuje z walki. Dla niej Sophia to tylko chore, skrzywdzone dziecko. I tylko ona słyszy w jej przerażających czynach rozpaczliwy krzyk o ratunek.


Jakkolwiek brutalnie może to zabrzmieć w kontekście historii tak strasznej, bo przecież prawdziwej... spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Na moją listę Must Read trafiły wszystkie pozycje z serii "Skrzywdzone" z Amber, a pierwsza, z którą się spotkałam to "Nikt nie przyjdzie" Maguire i Garner, które to... emocjonalnie mnie rozbiło. Pamiętam jeszcze jak bolało mnie serce, kiedy tym chłopcom działa się krzywda... I pamiętam, że zaraz na początku, dodając tę książkę do biblioteczki na Lubimy Czytać przeczytałam kawałek recenzji mówiący o tym, że to "najłagodniejsza pozycja z serii".

Tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc"), tak więc biorąc pod uwagę tamten komentarz, spodziewałam się czegoś, co kolejny raz odbierze mi oddech i przyprawi o stan co najmniej przedzawałowy. Tymczasem... ciężko było mi te słowa czytać, ale z innego powodu.

Sophia jest dzieckiem. Dwunastolatką, której mama w stanie wegetatywnym przebywa w szpitalu po ciężkim, niewyjaśnionym wypadku. Dziewczynką, której wuj - jedyna rodzina wykazująca chęć opieki - odrzuca ją z przyczyn nikomu niezrozumiałych. Nastolatką we wczesnym tego okresu stadium, która nieco odbija się od jednej rodziny zastępczej do drugiej, nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca, wciąż spotykając się z brakiem zrozumienia i - dziś już to wiem - zainteresowania.

Do Watsonów trafia po załamaniu nerwowym swojej dotychczasowej opiekunki. Już z początku stwarza pozory niezdyscyplinowanej, rozpieszczonej dziewuchy, która fizycznie jest aż nazbyt dojrzała jak na swój wiek. Nie przypomina bowiem innych dwunastolatek. Jest piękna i na każdym kroku stara się to wykorzystać.

Ale... to już chyba wiecie z opisu, co? Do rzeczy. Ten niepokój, który w związku z przybyciem Sophii czuje Casey przenosi się na czytelnika. Współodczuwanie emocji w przypadków książkowych bohaterów jest zabiegiem pożądanym, ale ja nie jestem pewna czy tutaj to były właściwe emocje. Trzysta stron tej książki to tak naprawdę trzysta stron palenia papierosów i bezradności. Pytań co robić, co dalej, o co chodzi... Rzadziej jak jej pomóc. Odniosłam tutaj wrażenie, że Casey zwątpiła w słuszność decyzji jaką było przyjęcie Sophii pod swój dach, choć ona w rozmowie z mężem zaprzeczyła jego podobnym domniemaniom.

Kolejną rzeczą jest... pochrzaniony system. Inaczej tego nie mogę ująć, wybaczcie. Chodzi mi o to, że opieka społeczna "dała" Watsonom dziecko i umyła ręce, kiedy poszukiwali - najpierw - informacji, a później już zwyczajnie pomocy. Zbywani kolejnym "robię co w mojej mocy" przeżywali koszmar niewiedzy w swoim domu i - tak naprawdę - koszmar strachu o własną rodzinę, kiedy nie mogli już zapanować nad dzieckiem, z którego problemów nikt nie zdawał sobie sprawy.

Wrócę do początku - Sophia jest dzieckiem. Nie przeciętnym, nie jak każde inne. Niemniej jednak jest dzieckiem, które po strasznych wydarzeniach w domu, po braku zainteresowania ze strony matki, dziadków, wuja i opiekunki, która miała stać się jej ostoją, po prostu potrzebuje pomocy. Prawda jest taka, że to biedne dziecko potrzebowało jej już na pierwszej stronie, kiedy dzwoniło po pogotowie widząc wypadek matki. A może, tak uważam, potrzebowało jej dużo, dużo wcześniej. Casey mimo usilnych chęci pomocy, jakie są tutaj niejednokrotnie podkreślone, po prostu nie może jej pomóc. I choć możecie to uznać za spojler (wybaczcie) to chodzi o to, że bez względu na to jak wiele miłości i zainteresowania włoży się w kontakt z drugim człowiekiem - nie można wykluczyć z jego otoczenia specjalistów, bo żadne uczucie nie zastąpi fachowej pomocy i - przede wszystkim - wiedzy, jaką dysponuje psycholog czy psychiatra.

Abstrachując na chwilę od książki nasunęła mi się myśl, kolejny raz z resztą, że choć żyjemy w pozornie otwartym społeczeństwie to mam wrażenie, że ludzie wcale tacy otwarci nie są i każdy PROBLEM psychologiczny jawi im się jak choroba. A to wcale tak nie działa.

"Krzyk o ratunek" to traktat o poszukiwaniu pomocy. Nie przypisałabym temu etykiety "o przemocy", powiedziałabym raczej "o problemach". Tak czy siak, psychologicznie bardzo, bez względu na szufladkę i choć spodziewałam się czegoś innego, czegoś może mocniejszego, to dziś powiem, że emocjonalność tej książki dostrzegam w niej bardziej po odłożeniu niżeli w momencie czytania. Z ręką na sercu, po prostu nie lubiłam Casey.

Nie oceniam, bo nie mam prawa. Życia nie poddaje się ocenie.
Ale polecam, bo warto znać ten temat. (i zagłębić się w niego po skończeniu lektury)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz