niedziela, 29 marca 2015

Jan Jakub Kolski - Egzamin z oddychania

 
Zmysłowa opowieść o miłości absolutnej.

Ona, Muszelka, jako dwunastoletnia dziewczynka zagrała w jednym z jego filmów. Już wtedy wiedziała, że go kocha i że ich drogi wkrótce się połączą. Musiała tylko dorosnąć. Musiała przejść przez ręce wielu mężczyzn, dojrzeć, aby wreszcie połączyć się z nim.

On, Sandow, artysta, który stworzył już prawie wszystko, co mógł. Choć najważniejsze dzieło jeszcze przed nim. Dotąd nie czuł takiej jedności z nikim. Ponowne pojawienie się Muszelki w jego życiu sprawiło, że ziemia i czas stanęły w miejscu, zatarły się granice między dobrem i złem.

Ta miłość musiała się zdarzyć.




Coś w tym jest. Ta miłość po prostu musiała się zdarzyć.

Czytałam opinię na temat tej książki. Kilka recenzji, które zawierały w sobie coś więcej niż trzy zdania krytyki nijako nie odnoszącej się do treści. Ale "Egzamin z oddychania" już dawno był na liście moich must read, więc... sięgnęłam. I faktem jest, że choć ta książka nie grzeszy wielce rozbudowaną fabułą, ciekawym językiem i wciągającymi postaciami - czytało mi się ją dobrze. Dopóki nie zaczęłam się gubić w przeskokach czasowych.

W każdym razie jest to książka opowiadająca o nieco dziwnej i niecodziennej miłości profesora - starszego, szanowanego człowieka - do niewyżytej, młodej i infantylnej studentki. Choć mnie się momentami zdawało, że raczej odwrotnie. Bardziej o jej miłości do niego, opisanej z tej drugiej strony - poprzez odczuwanie, a nie darzenie tą miłością.

Muszelka jawi mi się tu jako mała, głupia istotka, która w wieku dwunastu lat postanowiła pokochać mężczyznę na całe życie. I choć ich drogi wtedy się nie zeszły, kochała go przez lata, aż wreszcie dojrzała do tego, by tę miłość wyrażać. Jemu. A on nie wierzył, że to wypowiedziane przez dziecko zdanie ("niech pan na mnie zaczeka (...)") może mieć jakiś sens. Dopóki jej nie spotkał, lata później, w uczelnianej stołówce. Dopóki nie usłyszał "pamięta mnie pan?" - i dopóki sobie nie przypomniał.

A Dżuk jest... facetem. Z początku wydawał mi się oziębły i mało zainteresowany. Ale ja nie mam wątpliwości co do tego, że kocha tę wariatkę jak... wariat. Tak, to dobre określenie. Bo to nie jest miłość dojrzałego mężczyzny i kobiety, która wchodzi w dorosłość. To jest miłość dwóch wariatów, którzy kochają się na łące, a później przytuleni opowiadają sobie o tym, jak żałosne było ich życie. O prostytucji, o narkotykach, o seksie z przypadkowymi mężczyznami, o popełnionych błędach. Dwóch wariatów, którzy kochają się, uprzednio dając sobie w zęby.

Tu nie ma dojrzałości. Nie ma tego piękna, którego chyba oczekiwałam. I racje mają ci, którzy mówią, że to bzdurna opowieść. Ale sięgnęłam po nią pewnego wieczoru. I nie żałuję. Choć nic konkretnego do mojego życia nie wniosła.

Moja ocena: 3/6

2 komentarze:

  1. Nie wiem czy sięgnę po tę książkę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie polecam jakoś specjalnie. Widziałam już gorsze, ale... czytałam dużo lepszych.

      Usuń